Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yellen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yellen. Pokaż wszystkie posty

Zanikające inwestycje zagraniczne w Polsce - część druga

Kontynuując wątek zanikającego zainteresowanie naszym krajem ze strony kapitału zagranicznego chciałbym zauważyć, że nic się nie zmienia. Wg danych opublikowanych wczoraj przez NBP łączny (za ostatnie 12 miesięcy, inwestycje bezpośrednie i portfelowe - w obligacje i akcje) napływ kapitału zagraniczego do Polski właśnie pierwszy raz od czerwca 2009 spadł poniżej 10 mld EUR.



Warto też zauważyć, jak zmienia się charakter zainteresowania naszym krajem. W czasach słodkiej hossy, przed bankructwem Lehmana płynęły do nas głównie inwestycje bezpośrednie (BIZ). Akcje zagranica powoli sprzedawała, zainteresowanie obligacjami było bliskie zeru.  Zima 2008/2009 czyli sam środek paniki na rynkach to wyprzedaż polskich obligacji i mocne przyhamowanie inwestycji bezpośrednich. A potem się odradzamy - jesteśmy zieloną wyspą, wszyscy nas w Europie chwalą, z drugiej strony banki centralne USA, Japonii i strefy euro obniżają stopy praktycznie do zera, na rynku pojawia się więc ogromny apetyt na ryzykowne inwestycje - w efekcie szybko pojawia się ogromne zainteresowanie polskimi obligacjami. Na przełomie 2010 i 2011 przy ponad czteroprocentowym wzroście PKB mamy też rekordowe zainteresowanie polskimi akcjami. Co ciekawe, bezpośrednie inwestycje zagraniczne przez większość tego czasu wyglądają słabo, potem wprawdzie rosną, ale rekordu z 2007 nie biją, a jesień 2011 to kolejny kryzys - obawa przed bankructwem Grecji, rozpadem strefy euro itp. Inwestycje bezpośrednie mocno spadają, obligacje i akcje mimo wszystko trzymają się nieźle. Po bankructwie Grecji rynek dochodzi do wniosku, że strefa euro się nie rozpadnie - mamy kolejny napływ kapitału w obligacje. Co ciekawe, inwestycje bezpośrednie nadal spadają. Widać, że realna gospodarka europejska wpada w recesję i nikt nie myśli o stawianiu nowych fabryk,  a z drugiej strony sektor finansowy wyposażony w możliwość taniego pożyczania szaleje na giełdach, w tym na rynku polskim. I nadchodzi wiosna 2013. Polskie PKB wychodzi z dołka, europejskie też, ale zainteresowanie kapitału zagraniczego spada do poziomu najniższego od 2009. Inwestycje bezpośrednie są bliske zera (z poprzednich danych wynikało, że nawet spadły poniżej zera, ale NBP lekko je skorygował). A roczny napływ kapitału w obligacje pierwszy raz od września 2009 nie przekracza 5 mld EUR. To zapewne efekt czerwcowej sugestii Bena Bernanke o rychłym przejściu FED do fazy ograniczania luźnej polityki monetarnej. Ciekawe też, że na tym tle inwestycje w akcje wyglądają niesamowicie stabilnie. Są niewielkie, ale nie spadają. Generalnie jednak problem w tym, że pierwszy raz od Lehman Brothers dołują nam i inwestycje bezpośrednie i portfelowe. Te pierwsze jeszcze nie są gotowe po europejskiej recesji, te drugie boją się FED. Ciekawe jak będzie wyglądać napływ ( a raczej odpływ) kapitału zagranicznego wtedy, kiedy FED faktycznie zacznie ograniczać politykę taniego pieniądza. W tym kontekście wybór superłagodnej Janet Yellen na nowego szefa FED, to z punktu widzenia polskiej gospodarki i rynku wybór bardzo dobry. Ale nawet ona w końcu kiedyś zarządzi odwrót od quantitative easing.

Inflacja: punkt zwrotny (w myśleniu)



Inflacja roczna po czerwcu wynosi 0,2%. Możliwe, że do szerokiej publiczności mainstreamowej przebije się informacja, że to rekordowo mało. Ale fakt rekordu nie oznacza, że w Polsce nigdy nie było tak niskiej inflacji. To na pewno rekord w XXI wieku i na pewno rekord w III RP. Do tej pory rekordowo niski odczyt mieliśmy w kwietniu 2003 – to było 0,3%. Dziś GUS podał, że jest 0,2%. Ale 40 lat temu mogło być jeszcze mniej.

Precyzyjne wskazanie kiedy dokładnie ostatni raz w Polsce była tak niska inflacja jest trudne, bo w internetowym archiwum GUS dla okresu1950-1990 są tylko roczne wskaźniki inflacji, bez podziału na miesiące. Ze wskaźników rocznych wynika, że po 1973 raczej nie było żadnych szans na choćby jeden miesiąc z inflacją 0,2% rdr. Za to roczna inflacja w 1972 wyniosła zero:



W 1973 roczna inflacja to ciągle jeszcze dość niskie 2,8%, można więc zakładać, że opublikowana dzisiaj inflacja czerwcowa jest najniższa od 1972 roku, a niewykluczone, że od któregoś z wczesnych miesięcy 1973. Zaokrąglając możemy mówić, że mamy inflację najniższą od 40 lat.

Czy z tego coś wynika ? Absolutnie nic. To czysta ciekawostka i nic więcej. Osobną ciekawostką jest ta gusowska tabelka z której wynika, że w 1971 mieliśmy minimalną deflację, a w latach 1954-1956 deflację całkiem solidną. W latach 56-70 inflacja wygląda tak ładnie, jakby szefem banku centralnego był wtedy co najmniej Leszek Balcerowicz :). Za to od roku 1978 aż do 2000 Polacy przeżyli pełne 24 lata z inflacją, która każdego roku przekraczała 7%.

Tu kończą się czyste ciekawostki i pojawia się materiał, z którego można wyciągać jakieś wnioski dotyczące także teraźniejszości. Ciągle bardzo liczna część konsumentów w polskiej gospodarce to ludzie, którzy ćwierć wieku żyli przy ciągłej presji wysokiej inflacji. To nie był tylko jeden sezon hiperinflacji 89/90. To były 24 lata, w czasie których ciągle wszystko drożało. W latach 81-96 inflacja ani razu nie spadła poniżej 15%. I tu pojawia się kwestia oczekiwań inflacyjnych, a przy okazji tego dlaczego akurat w Polsce, zupełnie inaczej niż na przykład w Czechach przez tyle lat ciągle mamy wyższe stopy procentowe. Po prostu spora część uczestników rynku ciągle ma stosunkowo wysokie oczekiwania inflacyjne. Większość ludzi nadal myśli, że jeśli coś dzisiaj kosztuje 100 PLN, to za rok będzie raczej kosztować 105 PLN,  a na pewno nie 95 PLN. Takie oczekiwania ułatwiają podnoszenie cen – ludzie się przecież tego spodziewają – a co za tym idzie ułatwiają podtrzymywanie inflacji. Dlatego każdy bank centralny kiedy walczy z wysoką inflacją, celuje przede wszystkim w obniżanie wysokich oczekiwań inflacyjnych na rynku. To właśnie rozpowszechniona wśród polskich ekonomistów obawa o to, czy Balcerowiczowi faktycznie na trwałe udało się obniżyć oczekiwania inflacyjne Polaków nie pozwalała do tej pory bankowi centralnemu obniżyć stóp procentowych poniżej bardzo wysokiego jak na Europę poziomu 3%. RPP odważyła się na to dopiero w tym roku, czyli w czasach, w których spora część gospodarki światowej jest zagrożona deflacją i broni się przed nią zerowymi stopami a do tego tak zwanym „dodrukiem” pieniędzy. Jest cała masa ludzi, którzy twierdzą, że to szaleństwo, które nas doprowadzi ponownie do wysokiej inflacji, ale z drugiej strony wiceszefowa FED, Janet Yellen niedawno mówiła, że o to właśnie chodzi – o podtrzymywanie wśród ludzi oczekiwań inflacyjnych. Trzeba je podtrzymywać, aby ludzie nie zaczęli myśleć deflacyjnie



Spirala deflacyjna, to najgorsza rzecz jaka może się przytrafić gospodarce. Jeśli mamy spowolnienie gospodarcze (takie jak teraz w Polsce) i producenci różnych dóbr widzą, że ludzie kupują mniej (bo jest spowolnienie, kryzys, bezrobocie itd.), to próbują podtrzymać swoją sprzedaż obniżając ceny i łapiąc klientów na „promocje”. Zarabiają mniej, ale to i tak lepsze niż przetrzymywanie towaru w magazynie. Jeśli w tym momencie ludzie dojdą do wniosku, że nie ma sensu kupować teraz, bo za pół roku będzie taniej, to jest to cios w samo serce gospodarki. Takie rozpowszechnione oczekiwania deflacyjne powodują, że popyt znika z rynku, a producenci zaczynają bankrutować, co dodatkowo pogłębia recesję, bezrobocie itd. Dokładnie to przerabiali Amerykanie w latach trzydziestych i dokładnie dlatego tak agresywnie się przed tym bronili w ostatnich latach. Skup obligacji z rynku, czyli „dodruk” dolara miał przede wszystkim obniżyć długoterminowe stopy procentowe na rynku, ale miał także podtrzymywać oczekiwania inflacyjne. To właśnie o to chodziło, żeby ktoś tam w telewizji ciągle straszył ludzi nadchodzącą inflacją, żeby broń Boże gospodarka nie wpadła w spiralę deflacyjną.  

My nigdy nie mieliśmy takiego problemu, bo mieliśmy stosunkowo świeże wspomnienie 24 lat z wysoką inflacją. Ale teraz, po 13 latach od momentu kiedy inflacja spadła do poziomu jednocyfrowego także polska gospodarka ociera się o deflację. I pojawia się ważne pytanie: czy Polacy nadal mają jakieś trwałe oczekiwania inflacyjne, które uchronią nas przed deflacją i pogłębieniem kryzysu, czy może jednak już z nich wyrośli i już ich nie mają. Bo jeśli nie, to może to oznaczać, że NBP będzie musiał zacząć brać to pod uwagę. A to z kolei może oznaczać, że rekordowo niskie stopy procentowe zagoszczą u nas na znacznie dłuższy okres niż do tej pory oczekiwaliśmy. Będzie to też zapewne oznaczać długie i mozolne wychodzenie ze spowolnienia, które nie będzie przypominać żadnego ożywienia. Będzie to także oznaczać, że pora zmienić jedno z najważniejszych założeń dotyczących polskiej gospodarki, które obowiązywało od początku III RP – że z inflacją trzeba walczyć tak mocno jak tylko się da, bo deflacja i tak jest u nas niewyobrażalna. 


Więcej na tym blogu o zagrożeniu deflacją w Polsce: