Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie obligacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie obligacje. Pokaż wszystkie posty

Najbardziej niesamowity kwartał w polskim handlu zagranicznym

Mamy za sobą absolutnie niesamowity raport NBP o bilansie płatniczym Polski w czerwcu. Raport jest niesamowity, bo pokazuje, że zmienia się to, co od 20 lat było stałym elementem krajobrazu polskiej gospodarki - znika nam deficyt w handlu zagranicznym. Trzeci miesiąc z rzędu mamy nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, czyli podsumowując wszystkie transakcje z zagranicą więcej pieniędzy do nas wpływa niż wypływa. Tego też nigdy w Polsce nie mieliśmy. Jak wiadomo takie nadwyżki mają głównie kraje najlepiej rozwinięte, ewentualnie te, które posiadają złoża surowców, które eksportują (kraje OPEC, Rosja, Norwegia itp). Natomiast cechą krajów rozwijających się jest to, że mają ciągły deficyt w rozliczeniach z zagranicą, bo aby się rozwijać sporo importują. Można nawet zauważyć, że im szybsze tempo wzrostu gospodarczego, tym większy deficyt w handlu zagranicznym.

Wielu ekonomistów oczekiwało, że Polska ocierająca się o recesję wyraźnie sobie ten deficyt zmniejszy (bo ociera się o recesję), ale takiego czegoś nie spodziewał się chyba nikt:


Polska w drugim kwartale ma bardzo dużą nadwyżkę w handlu zagranicznym. To wygląda jakościowo zupełnie inaczej, niż zmniejszenie deficytu w 2009, kiedy też ocieraliśmy się o recesję. A wtedy przecież euro dobiło prawie do 5 PLN, co było korzystne dla eksportu. Dziś euro nie wychodzi ponad 4,30-4,40 PLN, a i tak pojawia nam się nadwyżka.

Oczywiście handel towarami to nie jest całość wymiany z zagranicą, a dane za kwartał to nie to samo co dane za cały rok - roczny bilans płatniczy mamy ciągle na minusie. Ale ten minus szybko się zmniejsza i właśnie spadł nam poniżej 2% PKB, co też jest osiągnięciem jak na Polskę niebywałym


Można by orzec, że poprawa w handlu zagranicznym przychodzi w samą porę. Kiedy państwo ma wysokie deficyty na rachunku obrotów bieżących musi je finansować napływem kapitału zagranicznego. Polska zawsze tak właśnie miała - duży deficyt, ale też duży napływ kapitału - w efekcie nigdy nie mieliśmy z tym żadnego problemu (poza tym, że rynek czasami dostrzegał w tym pewne ryzyko i się trochę bał, ale nigdy nic groźnego się nie stało). Teraz deficyt nam znika, ale jednocześnie znika nam napływ kapitału zagranicznego.Bezpośrednie inwestycje zagraniczne, które przyciągały uwagę już miesiąc temu właśnie spadły poniżej zera licząc za ostatnie 12 miesięcy, co jest moim zdaniem również niesamowite samo w sobie:



Coraz gorzej wygląda też napływ kapitału zagranicznego na rynek polskich obligacji. Tu do spadku poniżej zera jeszcze sporo brakuje, ale jesteśmy na poziomie najniższym od 2009 roku


Ten spadek to w dużej części "zasługa" samego czerwca, w którym z polskich obligacji odpłynęło ponad 2 mld EUR. Był to w ostatnich latach drugi największy miesięczny odpływ. Gorzej było tylko w 2008 tuż po bankructwie Lehman Brothers


Co tak wystraszyło kapitał zagraniczny w czerwcu. Można łatwo wskazać dwie przyczyny: jedna krajowa, czyli zapowiedź uboju rytualnego OFE (chociaż osobiście nie wierzę, żeby akurat tym się ktoś na świecie przejmoował), a druga globalna i znacznie bardziej prawdziwa, czyli sugestie ze strony FED dotyczące możliwego ograniczenia skali skupu obligacji z rynku (czyli QE) już w tym roku, a możliwe, że nawet już we wrześniu. To faktycznie wywołało odpływ pieniędzy ze wszystkich rynków wschodzących na świecie. I u nas też to widać.

Na rynkach aż roi się od ponurych prognoz dotyczących złego wpływu zacieśniania polityki monetarnej FED na rynki wschodzące na całym świecie. Możliwe, że to najlepszy moment, aby z fazy bycia rynkiem wschodzącym przepoczwarzyć się w gospodarkę rozwiniętą - taką z nadwyżkami na rachunku obrotów bieżących. Ale to bardzo mało prawdopodobne. Zdecydowana większość ekonomistów twierdzi, że te nadwyżki to tylko chwilowa anomalia, a kiedy przyjdzie ożywienie gospodarcze i PKB znów zacznie rosnąć o 3-4%, powróci większy import, a wraz z nim także deficyty w wymianie zagranicznej.

Polska łaskawie godzi się wyemitować kolejne obligacje



Dziś mieliśmy w Polsce okazję zaobserwować po co rząd emituje obligacje. Szeroko rozpowszechniona wiedza mówi o tym, że emituje po to aby finansować deficyt budżetowy, inaczej mówiąc – rząd nie ma wyjścia i musi emitować obligacje, bo inaczej zabraknie mu pieniędzy. Czyli jest w sytuacji dość przymusowej i trudnej.

Jest jednak jeszcze jeden powód, który czasami staje się nawet powodem najważniejszym. Rząd emituje obligacje, bo są one potrzebne na rynku. Inwestorzy bardzo chcą, żeby rząd je wyemitował. To oni są w sytuacji przymusowej i trudnej, a nie rząd. Rząd jest w sytuacji dość luksusowej. Co więcej czasami rząd jest na tyle uprzejmy, że konsultuje z rynkiem to jakie konkretnie ma obligacje wyemitować. Tak właśnie dzieje się dzisiaj w Polsce.

Dziś Ministerstwo Finansów poinformowało, że jednak zdecyduje się na emisję obligacji w sierpniu. Wcześniej sygnalizowało, że nie planuje żadnych nowych emisji, no chyba, że rynek będzie tego bardzo chciał


Dziś dyrektor Piotr Marczak z MF potwierdził, że zrobiono konsultacje z inwestorami i duży popyt się zgłosił


To bardzo ciekawa wypowiedź. Proszę zauważyć, że MF tłumaczy dlaczego inwestorzy tak bardzo pragną nowych rządowych obligacji. Otóż niedawno rząd wykupił inne obligacje, w rezultacie inwestorzy (głównie banki) mają w aktywach ponad 10 mld PLN świeżej gotówki, a za chwilę dojdzie im kolejne 5 mld PLN. Najchętniej włożyliby tę gotówkę na stare miejsce, czyli w rządowe obligacje, tyle, że rząd od ponad miesiąca niczego nie wyemitował. Stąd wysyłanie sygnałów do MF, żeby może jednak coś na rynek wypuścić. MF to widzi, rozumie, wspomina nawet o nadpłynności w sektorze bankowym (czyli sytuacji w której banki mają za dużo pieniędzy, z którymi trudno coś zrobić, bo nie ma aż tak dużego popytu na kredyt, żeby wszystkie od razu komuś pożyczyć). W związku z tym MF jednak wyemituje pojutrze obligacje dwuletnie za 5 mld PLN. Jest absolutnie pewne, że pójdą jak świeże bułeczki.

Można wręcz zaryzykować porównanie rządu do banku centralnego, który gdy widzi, że pieniądza w bankach jest za dużo, to robi operacje otwartego rynku i ściąga nadmiar pieniędzy do siebie. Najbliższa emisja obligacji będzie mieć też de facto charakter operacji otwartego rynku – chodzi przede wszystkim o to, aby pozwolić inwestorom ulokować gdzieś 5 mld PLN i ściągnąć tę kasę z rynku. Jeśli chodzi o potrzeby pożyczkowe rządu, to MF mógłby nie emitować absolutnie niczego jeszcze spokojnie przez kilka miesięcy.

Aż strach pomyśleć, co by się na rynku działo, gdyby rząd postanowił nieco bardziej ograniczyć zadłużenie i na przykład przez cały rok tylko spłacać stare obligacje nie emitując nowych.

Interwencja walutowa NBP i koniec hossy na obligacjach



Marek Belka po piątkowej interwencji NBP na rynku walutowym powiedział, że nie chodziło o żaden konkretny poziom złotego do walut obcych. Oczywiście miał rację, ale nie powiedział wszystkiego. Nie dodał, że w tej interwencji w ogóle nie chodziło o złotego, tylko o polskie obligacje, które ostatnio bardzo szybko tanieją.

Piszą o tym dzisiaj i w BRE:



Piszą też w PKO BP


Dlaczego większa zmienność na rynku walutowym może pogłębiać przecenę na rynku polskich obligacji ? Bo mogą  z nich uciekać inwestorzy, którzy je kupili w ramach tak zwanego carry trade. Carry trade to działalność polegająca na tym, że bank pożycza pieniądze tanio w walucie bardzo nisko oprocentowanej (na przykład w euro, najlepiej biorąc pieniądze z ECB) i lokuje w kraju, gdzie stopa procentowa jest wyraźnie wyższa (oprocentowanie polskich obligacji pomimo dużych spadków w ostatnich miesiącach nadal jest zdecydowanie wyższe niż koszt pieniądza w strefie euro). Czyli pożyczasz za 1%, lokujesz na 4% i masz 3% bez ryzyka. Tyle, że aby to faktycznie było bez ryzyka, trzeba się jeszcze zabezpieczyć przed ruchami na rynku walutowym, tak aby ruchy na EUR/PLN nie zabrały europejskiemu bankowi jego bezpiecznych 3%. Zabezpieczyć się oczywiście można, ale to kosztuje. Im mniejsza zmienność kursu walutowego – tym mniej kosztuje. Kiedy zmienność na rynku walutowym rośnie, rośnie też koszt niwelowania ryzyka kursowego. Kluczowa jest tu właśnie zmienność, a nie taki, czy inny kurs złotego. Nieważne, czy euro jest po 4PLN czy po 4,50 PLN, ważne, żeby nie skakało od 4 do 4,50 w skali tygodnia. Przy dużej zmienności kursu walutowego banki z Europy dochodzą do wniosku, że Polska nie nadaje się już do carry trade, zamykają pozycję, w efekcie obligacje tanieją. (tak na marginesie - prawdopodobnie cały ten mechanizm odbywa się bardziej na międzybankowych instrumentach IRS, a nie na obligacjach, ale to na jedno wychodzi, bo obydwa rynki są ze sobą mocno powiązane. Czym się różnią pięknie ostatnio opisał Barnejek)

Dlaczego NBP chce ograniczyć wyprzedaż obligacji ? Bo spadek ich cen to wzrost ich rentowności, czyli wzrost stopy procentowej (długoterminowej). NBP ostatnio stopy obniża (krótkoterminowe), a nie podnosi, aby więc działania NBP przynosiły skutek i miały jakikolwiek sens bank ten musi pilnować nie tylko tego, co się dzieje ze stopami, które sam wyznacza, ale także tymi wyznaczanymi na rynku i interweniować, jeśli dochodzi do wniosku, że ruchy na rynku psują mu „mechanizm transmisji monetarnej” . Po drugie jest kwestia wspomnianego w notce PKO BP finansowania deficytu w bilansie płatniczym, po trzecie BRE twierdzi, że NBP robi to dla rządu, pomagając mu utrzymać koszty finansowania dziury budżetowej nisko.



Oczywiście twierdzenie, że kurs walutowy w ogóle nie obchodzi NBP jest przesadą. Jeśli przy okazji interwencji złoty się umocni, to z punktu widzenia budżetu państwa też oczywiście bardzo dobrze


Wydaje mi się, że jest też jeszcze jedna przyczyna interwencji NBP na obligacjach. To obawa przed tym, co się zaczęło dziać na rynkach światowych – obawa przed tym, że odwrót kapitału zagranicznego z Polski może zrobić się zbyt gwałtowny, jeśli się pozostanie biernym i nie wyśle na rynek żadnego sygnału. Dlatego sygnał poszedł. Rynki finansowe są mniej więcej od miesiąca przekonane, że FED po wakacjach zacznie ograniczać skup obligacji USA z rynku (nazywany niekiedy szumnie, choć nieco nonsensownie dodrukiem dolara) – to oznacza koniec apetytu na ryzyko i rozglądania się za różnymi ciekawymi celami inwestycyjnymi na świecie. Mamy więc ucieczkę nie tylko z Polski, ale ze wszystkich rynków wschodzących. Notabene rynek polski na tle innych nie wygląda źle. Wśród najsłabszych walut świata w ostatnim miesiącu mamy waluty RPA, Meksyku, Turcji, Indii, Brazylii i innych krajów wschodzących, ale złotego w tym zestawieniu nie ma


 
Z drugiej strony dziś wygląda na to, że piątkowa interwencja NBP niewiele dała. Polskie obligacje nadal tanieją (10letnie mają już rentowność 3,85%), trwa światowy odwrót z rynków stopy procentowej w krajach rozwijających się



Krótkie tłumaczenie tych skrótów: 5yr swaps to międzybankowe kontrakty na stopę procentową, czyli IRS, o terminie 5letnim. PLN to wiadomo, ZAR to rand południowoafrykański, HUF to forint węgierski, INR to rupia indyjska. Wszędzie tam rośnie stopa procentowa, czyli także rośnie rentowność obligacji, czyli obligacje te są sprzedawane. Jak widać, w RPA i na Węgrzech wygląda to nawet gorzej niż w Polsce, a u nas też wygląda to słabiutko. 11 punktów bazowych w ciągu jednego dnia to nie jest normalny ruch na spokojnym rynku. Chociaż kto wie. Może gdyby nie piątkowa interwencja, to dziś tez mielibyśmy ruch o 33 punkty bazowe jak w RPA, a nie tylko 11 pb.

Hossa na polskich obligacjach tym razem chyba już naprawdę się skończyła, a NBP zapewne nawet nie myśli o odwracaniu trendu, a bardziej o tym aby ograniczyć skalę odpływu i uniknąć jakiegoś większego popłochu.

Dzień zwycięstwa finansowego: 5 mld PLN oszczędności w budżecie w 5 lat



Polska dziś pierwszy raz w historii sprzedała obligacje za które będzie musiała płacić odsetki w wysokości tylko 2,5% rocznie. Na skutek tego, co się w ciągu ostatniego roku wydarzyło na rynkach finansowych polski budżet zaoszczędzi przez pięć następnych lat po miliardzie złotych rocznie. Chodzi o oszczędności tylko na obligacjach pięcioletnich, bo takie dziś sprzedano. Pomijam tu podobne oszczędności na obligacjach dziesięcioletnich. Skąd ten miliard ?

Polski rząd, jak każdy inny na świecie emituje obligacje i robi to w seriach. Sprzedaje jakąś serię przez kilka miesięcy, a potem rozpoczyna nową serię, która może być sprzedawana już na innych warunkach. Najważniejszym elementem każdej serii obligacji jest oczywiście jej oprocentowanie (zwane także kuponem). I od razu podkreślam, że nie chodzi o rentowność obligacji, o której ostatnio co chwilę słyszymy, że jest rekordowo niska. Rentowność to relacja bieżącej ceny obligacji na giełdzie w stosunku do tego ile się za tą obligacje dostanie na końcu przy wykupie. Czyli rentowność jest kluczowa dla inwestorów na rynku i może się na tym rynku zmieniać co chwilę wraz z każdą zmianą ceny. Ale oprocentowanie jest stałe. Czyli rynek sobie tym handluje codziennie, natomiast emitent, czyli rząd wypłaca posiadaczom obligacji odsetki – raz w roku, raz na kwartał, modele są różne – kluczowe jest to, że te odsetki są stałe. Czyli z punktu widzenia rządu rentowność na rynku może być powodem do dumy, ale nie wpływa na koszt obsługi długu (choć to nie do końca prawda, ale zaraz do tego dojdziemy). Koszt obsługi długu jest zapisany w oprocentowaniu obligacji. Im niższe oprocentowanie, tym niższy koszt obsługi długu, czyli tym większe oszczędności w budżecie państwa.

Jeśli chodzi o kolejne serie obligacji pięcioletnich, to w ciągu kilku ostatnich lat wyglądało to u nas tak:

- obligacja PS0414 – czyli pięcioletnia, która rząd wykupi w kwietniu 2014. Była sprzedawana pomiędzy październikiem 2008 a listopadem 2009, czyli ponad rok. Niezwykle długo. Było aż 18 przetargów. Sprzedano jej łącznie za 29,6 mld PLN. I najważniejsze: oprocentowanie to 5,75% rocznie. Trzeba pamiętać, że to był okres bankructwa Lehman Brothers, szczyt kryzysu finansowego na świecie. Rząd miał ewidentnie lekki problem ze sprzedażą tej serii

- obligacja PS1016 – czyli do wykupu w październiku 2016. Sprzedawana na 7 przetargach pomiędzy październikiem 2011 a kwietniem 2012. Pozyskano łącznie 23,5 mld PLN. Oprocentowanie: 4,75%. Czasy już zdecydowanie spokojniejsze, wystarczyło już tylko 7 przetargów, a nie 18, ale oprocentowanie nadal wysokie.

- obligacja PS0417 – wykup w kwietniu 2017, 6 przetargów pomiędzy majem a październikiem 2012, pozyskano 20,1 mld PLN, oprocentowanie: nadal 4,75%

- obligacja PS0418 – wykup w kwietniu 2018, 5 przetargów pomiędzy listopadem 2012 a kwietniem 2013. Tylko 5 przetargów, ale pozyskano aż 32,4 mld PLN, a oprocentowanie to już tylko 3,75%.

- no i dzisiaj pierwszy przetarg obligacji PS0718 – wykup w lipcu 2018, pozyskano na razie 6,5 mld PLN, ale kluczowe jest oprocentowanie: 2,5%.

Załóżmy, że rząd na kolejnych przetargach dostanie za te nowe obligacje 30 mld PLN, czyli mniej więcej tyle samo, co za poprzednią serię. 2,5% od 30 miliardów to 750 mln PLN. Tyle odsetek rocznie trzeba będzie płacić co roku, aż do 2018. Ale gdyby oprocentowanie nadal było na poziomie 3,75%, to roczne odsetki wynosiłyby 1,125 mld PLN – o 375 mln PLN więcej. Gdyby oprocentowanie było na poziomie takim jak jeszcze rok temu, czyli 4,75%, to koszt roczny odsetek wynosiłby 1,425 mld PLN, czyli o 675 mln PLN więcej.

Jesteśmy więc od strony budżetu do przodu o 675 mln PLN. A do tego jeszcze korzyść ze zmniejszenia oprocentowania tej poprzedniej serii (3,75%) sprzedawanej jeszcze miesiąc temu, w stosunku do jeszcze wcześniejszej, sprzedawanej rok temu (4,75%) – to dokładnie 324,45 mln PLN. Łącznie spadek oprocentowania w ciągu ostatniego roku dał nam więc 999,45 mln PLN oszczędności. Tylko na obligacjach pięcioletnich i przy założeniu, że z nowej serii będzie 30 mld PLN.

Kluczowe w tym wszystkim jest to, że te dzisiejsze rekordowo niskie 2,5% nie zmieni się do 2018 roku. Nawet jak sprawdzą się ponure prognozy pesymistów, będą nie wiadomo jakie krachy, odpływy kapitału, rentowność obligacji na rynku urośnie z powrotem z 3% do 6%, to za te pięciolatki ciągle płacimy tylko 2,5%, bo to oprocentowanie stałe.

Aha, a skąd się tak właściwie bierze te oprocentowanie ? Ustala je minister finansów i na upartego może je brać z sufitu, ale oczywiście aby obligacje dobrze sprzedać i żyć w zgodzie z rynkiem musi brać pod uwagę to, co się na tym rynku dzieje. Tu dochodzimy do tego, że rentowność obligacji, która zwykle jest istotna tylko dla rynku, a dla rządu mniej istotna, raz na jakiś czas jest też jednak istotna dla rządu J Minister finansów ustalając oprocentowanie nowej serii obligacji ustawia je zawsze blisko bieżącej rentowności na rynku. Czyli gdyby rentowność obligacji 5letnich na rynku wynosiła dziś 6%, a nie 2,55%, to nowa seria z oprocentowaniem 2,5% byłaby przyjmowana pukaniem się w czoło i zapewne nikt by jej nie kupił. Inaczej mówiąc rząd dziś skorzystał z tego, co się dzieje na rynku i zapewnił sobie parę miliardów oszczędności na najbliższe lata.

Swoją drogą ostatnia seria obligacji dziesięcioletnich – do wykupu w październiku 2023 – ma oprocentowanie 4%. A rentowność 10latek na rynku to już tylko 3,08%. Możliwe, że zbliża się czas nowej serii z oprocentowaniem 3%. Trzeba kuć żelazo póki gorące. 


P.S.: kompletnie nie rozumiem dlaczego nikt z rządu nie zrobił o tym konferencji prasowej. Miliard oszczędności rocznie do 2018, czyli można machać przed oczami kwotą łączną 5 mld PLN. Ostatnie dni pokazują, że media chętnie robią aferę nawet w przypadku kwoty 80 mln EUR, tu mamy kwotę 15 razy większą. Jak byłbym rządem, to bym się tym chwalił. To nic, że to nie rządu zasługa, tylko efekt uboczny sytuacji na rynkach światowych, 5 mld to zawsze 5 mld. 

Polska na krawędzi katastrofy finansowej (wg sekretarza z KPRM)

Obserwowanie twórczości ministra finansów na twitterze prowadzi do wniosku, że bardzo przejmuje się on losem polskich obligacji:



Jak widać wpisy ministra są jakościowo różne, niektóre lepsze, niektóre gorsze, większość z nich moim zdaniem nie licuje z powagą urzędu ministra finansów (nigdy nie widziałem na twitterze żadnego innego ministra finansów zajaranego tak bardzo rentownościami obligacji), no ale nie ma w tym w sumie nic strasznego. Straszne natomiast jest to, że inny człowiek obozu rządzącego, pan Jasser Adam, dzisiaj chyba wszystko mu popsuł



Z tej opinii, przedstawionej przez sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (czyli nie byle kogo) wynika, że aktywa OFE są wirtualne, czyli jak rozumiem, nie są realne, czyli prawdziwe. Spróbujmy potraktować te oświadczenie poważnie, bo jego autor zapewne uważa się za poważnego człowieka (choć moim zdaniem niesłusznie). Ponad połowa aktywów OFE jest ulokowana w polskie obligacje. Do tej pory wydawało się, że to świetna inwestycja - bezpieczna, z niezłymi odsetkami i od pewnego czasu jeszcze lepszą stopą zwrotu, bo obligacje drożeją (o czym wiemy z twittów ministra Rostowskiego) , pozbawiona ryzyka walutowego. Teraz jednak okazuje się, że to tylko złudzenie, bo tak naprawdę te aktywa są nieprawdziwe. Możnaby pomyśleć, że rząd nie zamierza wywiązywać się ze swoich zobowiązań. Jeśli tak, to kroi się afera międzynarodowa, bo większość polskich obligacji jest w portfelach inwestorów zagranicznych.



Niestety ponad 100 mld PLN w polskich obligacjach ulokowały też polskie banki. Jeśli A.Jasser mówi prawdę, to te inwestycje też są warte zero. To z kolei oznacza, że polski sektor bankowy może mieć kłopoty. Także NBP tkwi w strasznym błędzie, bo jest gotowy udzielać krótkoterminowych pożyczek bankom pod zastaw polskich obligacji (wg Jassera wartych zero). Stoimy więc na progu finansowej katastrofy w państwie. Na dodatek wirtualna jest także pozostała część portfela OFE, czyli głównie akcje przedsiębiorstw, a do tego obligacje korporacyjne i samorządowe. Skoro akcje są wirtualne, to chyba znaczy, że te przedsiębiorstwa są nielegalne, albo zostaną wkrótce z mocy prawa rozwiązane. Może zostaną przekształcone w przedsiębiorstwa państwowe i kodeks spółek handlowych przestanie w nich obowiązywać ? Trudno tu jednoznacznie orzec, co miał na myśli sekretarz. Z obligacjami samorządowymi to raczej proste - czeka nas reforma samorządowa polegająca na likwidacji jednostek samorządu terytorialnego. Niesłychanie odważne posunięcie. Ale powody są oczywiste - samorządy bezczelnie nie chcą realizować zadań zakładanych im przez rząd, chociażby w zakresie edukacji. Są więc zapewne zdaniem rządu tak samo zbędne, kosztowne i szkodliwe jak OFE.
Jednego tylko nie rozumiem zupełnie. Wprawdzie niewielki, ale jednak, udział w aktywach OFE ma gotówka. Polskie złote. Wg pana sekretarza to też jest wirtualne/nieprawdziwe. Czy to oznacza, że mamy nieprawdziwą walutę ? Obawiam się, że pan sekretarz Jasser właśnie obwieścił światu że jesteśmy jako kraj w kompletnej finansowej dupie.

No chyba, że sekretarz kłamie.

Heca z Krugmanem i wchodzeniem Polski do euro



Zaskakującym newsem dnia okazał się dzisiaj wpis noblisty –Paula Krugmana na swoim blogu w New York Timesie. Wpis o Polsce i o tym, że chce mu się walić głową w ścianę („It really does make you want to bang your head against a wall”)na wieść o tym, że Polska chce wejść do strefy euro. Jak rozumiem z rozpaczy. Mi najbardziej podoba się w tym tekście oczywiście wykres, bo jest wymowny


Bardzo ładnie tu widać jak bardzo ślamazarny jest klub do którego mamy się w przyszłości zapisać.
Oczywiście po tekście Krugmana natychmiast pojawiły się riposty, zmierzające do jednego. Otóż Krugman nie zrozumiał, że propozycja premiera dotycząca referendum w sprawie euro to nie jest przejaw chęci wejścia do strefy, tylko wręcz przeciwnie – sposób na to, żeby tam nie wejść, albo przynajmniej to odwlec w czasie.


Przestrzegałbym przed takim bagatelizowaniem tej sprawy. No chyba, że to co mówił ostatnio w Sejmie minister spraw zagranicznych, to nieprawda. A mówił rzeczy bardzo ciekawe:


Kwestia domniemanych korzyści z wejścia do strefy euro, zarówno gospodarczych jak i strategicznych, to temat zasługujący na osobny wpis, który kiedyś popełnię. Na razie warto mieć nadzieję, że polskie władze będą trzymać się zdania „lecz tylko w taki sposób, który wzmocni gospodarkę” – bo takiego sposobu po prostu nie ma. Każde wejście do strefy euro gospodarkę osłabi, a nie wzmocni.

Najciekawszy w tym zamieszaniu wywołanym przez Krugmana jest głos jednego z polskich ekonomistów ukrywających się w sieci pod pseudonimem Barnejek. Wg niego polski rząd specjalnie teraz będzie mamił świat gadką o strefie euro, żeby podtrzymać wysokie notowania polskich obligacji:


A to ci dopiero heca, prawda ? :)  Oby Barnejek miał rację.