Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek pracy. Pokaż wszystkie posty

Czas na podwyżki płac



Rada Gospodarcza przy Premierze dostrzegła dziś, że jak ludzie więcej zarabiają, to lepiej dla gospodarki. Takie ujęcie sprawy wcale nie jest oczywiste, zdarzają się opinie, że wzrost płac grozi inflacją, oraz że obniża konkurencyjność gospodarki. Tym razem jednak wzrost płac jest wzrostem dobrym



To miło, że wynagrodzenia realnie znów rosną, chociaż to efekt wyłącznie nagłego spadku inflacji, a nie nominalnego wzrostu płac (czyli podwyżek płac). Szkoda, że wynagrodzenia nie rosną tak szybko jak PKB. Szkoda też, że dzieje się tak nieprzerwanie od pięciu lat



Ostatni raz płace rosły szybciej niż PKB w 2008, w okresie pomiędzy przejęciem władzy przez PO, a upadkiem Lehman Brothers. Może rząd wtedy świadomie chciał prowadzić taką politykę, a może to przypadek tylko, faktem jest, że po Lehmanie wszystko się zmieniło i za chwilę mieliśmy już inne, ważniejsze problemy.
Jeśli płace (nominalnie) rosną wolniej niż PKB (nominalnie) to znaczy, że systematycznie spada udział wynagrodzeń w PKB. Zmienia się więc podział produktu krajowego brutto. Inaczej mówiąc zmienia się to, w jaki sposób są dzielone wszystkie dobra i korzyści jakie sobie jako gospodarka wypracowujemy. Do podziału zawsze są trzy strony: pracownicy (płace), pracodawcy (zyski), rząd (podatki). To oczywiście uproszczenie, bo rząd potem wypłaca część pieniędzy zebranych z podatków jako emerytury, renty itd. co stanowi kolejne źródło dochodu dla gospodarstw domowych. Mogą one też mieć inne dochody, chociażby z inwestycji. Skupmy się tu jednak tylko na relacji płaca pracowników w przedsiębiorstwach vs PKB. Jeśli te występujące w każdym kwartale od 5 lat dysproporcje podliczymy narastająco, to nam wyjdzie, że w ciągu tego okresu udział płac w PKB spadł o 28%. ( chodzi o zmianę w procentach, nie w punktach procentowych, czyli jeśli 5 lat temu udział płac w PKB wynosił 10%, to teraz wynosi 7,2% - chodzi o takie zejście o 28%, a nie o zejście np. z 50% do 22%).



Niestety nigdzie nie znalazłem danych o tym jaki udział w PKB mają wynagrodzenia dziś, ani jaki miały wcześniej. Nie wiem więc z jakiego poziomu do jakiego ten udział spadł. Mogę natomiast wyliczyć to co wyliczyłem – czyli o ile on spadł.

Jeśli w ciągu 5 lat udział płac w podziale PKB dość wyraźnie spadł, to z drugiej strony gdzieś musi być wzrost udziału.  Zostają nam rząd i przedsiębiorstwa. Możliwe, że zyskały obydwie te grupy, ale w związku z tym, że podatki w Polsce nie przekraczają 50%, to można śmiało zaryzykować tezę, że głównym beneficjentem spadku udziału wynagrodzeń w PKB są przedsiębiorstwa. Sprowadzając tę obserwację na poziom zwykłej przeciętnej firmy ze zwykłymi przeciętnymi pracownikami – nie dostają oni podwyżek, bo firmy wolą zaoszczędzone w ten sposób pieniądze zatrzymywać dla siebie. W kryzysie łatwiej to osiągnąć, bo zawsze można pracowników straszyć tym, że jest kryzys, bezrobocie, trzeba oszczędzać itp. Podejrzewam, że w większości polskich firm pracownicy słyszeli o kryzysie nawet w latach 2010-2011 kiedy mieliśmy blisko 5% wzrostu gospodarczego. Straszenie kryzysem bardzo się przydaje w przechwytywaniu coraz większej części korzyści z działalności gospodarczej.

Oczywiście może takie zjawisko tłumaczyć potrzebą budowania i kumulowania polskiego kapitału, potrzebą zwiększania wydajności polskiej gospodarki i to wszystko prawda, ale z drugiej strony po 23 latach od wprowadzenia gospodarki rynkowej NBP w analizie sytuacji gospodarstw domowych pisze takie coś:


Minął okres równy jednemu pokoleniu – ćwierć wieku prawie – a Polacy w tym czasie nie dorobili się praktycznie żadnych znaczących oszczędności. A to wszystko w czasach, w których generalnie PKB Polski wzrosło o 100% realnie. Oszczędności są, ale w przedsiębiorstwach. Zdecydowana większość gospodarstw domowych nie oszczędza, bo nie ma czego oszczędzać. Dlatego to miło, że Rada przy Premierze zauważyła, że wzrost wynagrodzeń jest dobry. Chociaż na razie to chyba jednak głos wołającego na puszczy, bo rząd nawet w roku bliskim recesji i spadku konsumpcji znów bronił się przed większym podniesieniem płacy minimalnej, co akurat tej konsumpcji mogłoby trochę pomóc (stopie oszczędności chyba jednak nie). Niestety wciąż w naszym kraju obowiązuje dziwny dogmat o tym, że płaca minimalna zwiększa bezrobocie, chociaż tak naprawdę nie ma na to dowodów. Tak przynajmniej twierdzi NBP w bardzo ciekawej swoją drogą analizie:


W USA, po tym jak zastrajkowali najsłabiej opłacani pracownicy fastfoodów właśnie trwa żywa debata ekonomistów o płacy minimalnej. Z tego co obserwuję dominuje w niej argument, że pozytywny wpływ wzrostu płacy minimalnej na konsumpcję jest większy niż negatywny wpływ na poziom bezrobocia. U nas wciąż nikt się nie czepia wyznaczonego kiedyś przez Balcerowicza standardu, że jak się płacę minimalną podniesie, to pracodawca zamiast dać sprzątaczce podwyżkę, prędzej ją zwolni. No trudno.

W każdym razie gdy nadejdzie wrzesień i na ulicach/w dziennikach telewizyjnych zaczną dymić ci źli związkowcy, to proszę wziąć pod uwagę, że tym razem ich hasła ekonomiczne mogą być dla polskiej gospodarki korzystne, a nie szkodliwe. O Polsce coraz częściej się mówi, że już nie jest rynkiem rozwijającym się, że dorosła, że nie może już rosnąć o 6% rocznie, bo jest już zbyt dojrzała, powoli zaczynamy być eksporterem netto, polskie firmy coraz śmielej sobie radzą w Rumunii/Czechach/Ukrainie itp. itd. No to chyba już czas, żeby również zarabiać więcej.Lata dziewięćdziesiąte są dawno za nami.

Dwa najsmutniejsze wykresy w Polsce

Jest sobota, to nie będe się rozpisywać. Na wykresach wiadomo o co chodzi




To dane z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) przeprowadzanego co kwartał, a opublikowanego wczoraj w Biuletynie Statystycznym GUS (tabela nr 15). Najpilniej śledzone dane z Biuletynu to sprzedaż detaliczna i stopa bezrobocia (ta comiesięczna), więc BAEL chyba nikomu w oko nie wpadł. A powinien, bo mamy najmniejszą od lat liczbę pracujących i największą od lat liczbę niepracujących przypadających na 1000 pracujących. I kwartał zawsze jest pod tym względem najgorszy przez sezonowość, ale jak widać, w poprzednich latach pierwsze kwartały aż tak złe nie były.

Kto zrozumiał, ręka do góry !

Taki tam komunikat po posiedzeniu rządu, przyjęto projekt ustawy, dzięki której rząd będzie płacić przedsiębiorcom za to, żeby nie zwalniali pracowników (ale tylko przez 6 miesięcy). Klasyczny produkt na czas kryzysu w gospodarce, nic kontrowersyjnego. Ale za to jaka maestria językowa. Proszę bardzo:



Okres 12 miesięcy przed okresem 12 miesięcy...mmmm, rewelacja moim zdaniem. Wnioski będą się sypać jak z rękawa. Wszystkie poprawnie wypełnione :)

Skąd się biorą nowi bezrobotni ?



Bardzo ciekawie wygląda sytuacja na rynku pracy w cokwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności (BAEL). Bezrobocie rośnie, ale liczba pracujących też rośnie. Maleje natomiast liczba tak zwanych biernych zawodowo. Bezrobotny od biernego różni się tym, że bezrobotny nie ma pracy, ale jej szuka, a bierny nie ma pracy i jej nie szuka. W metodologii GUS na biernych składają się przede wszystkim dwie duże grupy: emeryci i studenci. Do tego dochodzą chorzy, tzw panie domu (albo panowie) i oczywiście zniechęceni – czyli ci, którzy już nie wierzą w to, że można legalnie dostać jakąkolwiek pracę.