Hiszpania dowodem na wrodzony absurd strefy euro


Hiszpania jest na skraju upadku. W historii strefy euro nie będzie już chyba ładniejszego przykładu ilustrującego nonsens tego przedsięwzięcia.


Przypadku Hiszpanii nie da się skwitować łatwymi ocenami dotyczącymi Grecji : że to banda leni, która przez lata żyła ponad stan, oszukiwała przy podatkach i teraz musi za to płacić. Hiszpania w latach 2005- 2007 miała przez 3 lata nadwyżki budżetowe. Na progu kryzysu finansowego gospodarka hiszpańska od strony różnych wskaźników makroekonomicznych była wzorowa. Dług publiczny był w stosunku do PKB znacznie poniżej poziomu niemieckiego, nawet poniżej poziomu polskiego. To co ją rozwaliło to bańka na rynku nieruchomości. Skąd się ta bańka wzięła ?

Każdy specjalista od rynku nieruchomości twierdzi, że najważniejsza rzecz w tym biznesie to lokalizacja. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że w skali europejskiej lokalizacja Hiszpanii jako rynku nieruchomości jest doskonała. Żeby odpalić hosse na tamtejszym rynku potrzeba było tylko stabilizacji, która wiązała się z wejściem Hiszpanii do Unii Europejskiej i niskiego kosztu pieniądza, który nie utrudniałby dostępu do finansowania. W momencie powstawania bańki stopy procentowe dla Hiszpanii ustalano już we Frankfurcie. ECB kierował się sytuacją w całej strefie euro, a w tej najważniejsza była, jest i będzie gospodarka niemiecka, która akurat na początku XXI wieku miała pewne problemy. Stopy w ECB były więc bardzo niskie, aby pobudzać wzrost w Niemczech, co się zresztą udało. Efektem ubocznym tej polityki było jednak pompowanie tanim pieniądzem baniek spekulacyjnych w Europie Południowej, z bańką nieruchomościową w Hiszpanii na czele. Ach, co to była za bańka. Sam widziałem programy telewizyjne, o ile mnie pamięć nie myli na BBC, produkowane odcinkowo jak seriale, o Brytyjczykach, którzy wyprowadzili się z Anglii i kupili dom w Hiszpanii. W pewnym momencie posiadanie fajnej nieruchomości na costa del cokolwiek było dla większości bogatych ludzi w Europie Zachodniej wręcz obowiązkowe.

Potem, w 2008 padł Lehman Brothers, a wraz z nim na całym świecie padł system dynamicznego wzrostu gospodarczego napędzanego długiem. Taki model działał świetnie przy szybko rozwijających się rynkach finansowych i dużym poziomie zaufania do partnerów transakcyjnych na tym rynku. Rosnący dług nie był żadnym problemem, bo każdy w każdej chwili mógł go zrolować i wszyscy byli zadowoleni. Zresztą przy szybkim wzroście gospodarczym ten dług w stosunku do PKB wcale nie rósł szybko, to z pewnością nie był wtedy żaden duży problem. Po Lehmanie zniknęło zaufanie, skończyła się więc możliwość rolowania długu na rynku w nieskończoność, zaczęło się więc spłacanie długów. Aby znaleźć na to gotówkę trzeba było się wycofywać z niektórych inwestycji. W Hiszpanii trzeba było wycofywać się z rynku nieruchomości, bo ta bańka też oczywiście była na kredyt ( tani kredyt dzięki ECB ) W ten sposób bańka pękła, a hiszpańskie banki są dziś pełne niespłaconych kredytów, dlatego aby nie upadły trzeba w nie wpompować nowy kapitał, czyli zapewne docelowo znacjonalizować. Ratowanie banków przez państwo pogrąży z kolei w długach budżet państwa. Hiszpański rynek nieruchomości u szczytu hossy był tak rozdęty, że jego załamanie wywołało recesję w gospodarce i silny wzrost bezrobocia. Sytuacja wygląda źle i nic nie wskazuje na jakąkolwiek poprawę w krótkim terminie.

Co się w takich sytuacjach robi ? W takich sytuacjach gospodarkę próbuje się pobudzić. Można to robić fiskalnie, na przykład obniżając podatki, albo mądrze zwiększając wydatki, ale do tego trzeba komfortowej sytuacji w której rząd może sobie pozwolić na większe deficyty budżetowe przez parę lat, zanim gospodarka faktycznie się podniesie. Hiszpania nie ma takiego komfortu, bo od pewnego czasu jest już w recesji, a ratowanie banków dodatkowo pogrąża jej finanse publiczne. Można podnosić konkurencyjność gospodarki dzięki słabszej walucie ( państwo w kryzysie -> waluta traci na wartości -> eksport bardziej się opłaca -> gospodarka podnosi się dzięki eksportowi ), co tak pięknie pokazała Polska w 2009 roku. Niestety Hiszpania nie ma własnej waluty, a o sile euro decyduje nie to co dzieje się w Hiszpanii, ale to co dzieje się w całej strefie euro. Zresztą spora część partnerów handlowych dysponuje tą samą walutą, nie da się więc w ten sposób osiągnąć żadnej przewagi konkurencyjnej. Można też pomagać gospodarce obniżając koszt pieniądza, dokładnie tak jak EBC pomagał Niemcom na początku XXI wieku. Dziś niestety gospodarka niemiecka ma się dobrze, nie trzeba jej pomagać, dlatego w 2011 ECB zamiast obniżać stopy procentowe dwa razy nawet je podnosił w obawie przed ryzykiem inflacji. Potem wprawdzie je obniżył, ale Hiszpania i tak była już w kłopotach, a kolejnych ruchów łagodzących ECB robić nie chce, bo głośno protestują przeciwko temu Niemcy. Tego instrumentu, który potencjalnie mógłby pomóc Hiszpania także więc nie ma.

Hiszpania stacza się więc coraz niżej, już wiadomo, że nie poradzi sobie bez pomocy z zewnątrz, czyli praktycznie jest bankrutem. Jest w tym samym miejscu w którym Grecja była półtora roku temu. Fakt, że tuż przed kryzysem miała przez 3 lata nadwyżki budżetowe nic dzisiaj nie oznacza, co moim zdaniem pokazuje, że wszelkie pakty fiskalne i inne niemieckie pomysły dotyczące dyscypliny budżetowej nie uchronią strefy euro przed kłopotami. Te kłopoty nie biorą się bowiem z braku dyscypliny fiskalnej, tylko z niedopasowania polityki banku centralnego strefy euro do realiów gospodarczych panujących w poszczególnych państwach. Te realia są różne w różnych miejscach nie da się więc prowadzić prawidłowej polityki monetarnej dla wszystkich jednocześnie. Konwergencja gospodarek o której mówili ci, którzy wprowadzali unie monetarną nie nastąpiła i nic nie wskazuje na to, żeby miała nastąpić. To jest prawdziwa przyczyna kłopotów strefy euro, a nie lenistwo tego czy innego narodu. Przyczyna, która była niedostrzegalna, dopóki była hossa i wzrost gospodarczy. Co gorsze jest to przyczyna praktycznie nieusuwalna. Aby chore państwa Europy wróciły do zdrowia muszą dysponować swoją własną polityką monetarną i jej instrumentami, które będą wykorzystywane w interesie tylko tych państw, a nie strefy euro jako całości. To zaś można osiągnąć tylko wychodząc ze strefy euro. Dlatego jakoś nie chce mi się wierzyć w jej przyszłość. Nie sądze, żeby całe południe Europy było zaludnione przez ekonomicznych masochistów zakochanych w Bundesbanku.

5 komentarzy:

Michał Włodarski pisze...

Jest jeszcze jedna możliwość. Można ogłosić nową teorię ekonomii, w myśl której im więcej długów tym lepiej. Podeprzeć przykładem bogatej Japonii bez zagłębiania się w szczegóły struktury jej długu. Dostać Nobla z ekonomii.
I jak już ten Nobel będzie (musi być za taką innowacyjność obowiązkowo), problemy znikną. "Rynki finanowe" zaczną znowu pożyczać na ćwierć procenta i będzie pięknie.
;-)

Unknown pisze...

Oj!! Panie Rafale czarnowidztwo i defetyzm szerzymy - ale to dobrze, znaczy się będzie hossa wkrótce. :)
A tak na poważnie to ja mam pytanie do Pana.

Pytanie brzmi: gdzie jest kasa?

Co się z nią stało? Czy ona w ogóle była czy też nie? Czy to były tylko zapisy w systemach komputerowych?
Pamiętam, że przed 2008 rokiem ludzie chodzili do sklepów, kupowali, wydawali pieniądze na przyjemności, wyjazdy na wczasy, edukacje... Ten pieniądz krążył w gospodarce. I nagle bęc. Znikł. Ludzie oszczędzają na wszystkim co się da. Kupują tylko to co im jest niezbędne i to po dłuższym zastanowieniu. Szukają tańszych rozwiązań.
Proces wyssania kasy z gospodarki moim zdaniem był bardzo dynamiczny. Trwał wg. mnie od 0,5 do 1 roku. Wiem, że wy tym czasie równie dynamicznie wzrosła inflacja. Wiem, że wszędzie słyszało się tylko kryzys, kryzys, kryzys. Ale to już przecież było 4 lata temu. Moim zdaniem społeczeństwo na początku pewnie się wystraszyło, ale nie sądzę, że do tej pory jest tak wrażliwe na to co się dzieje w gospodarce. Ci co mają stałą pensję i wiążą koniec z końcem to powinni mieć kryzys już dawno w głębokim poważaniu. A co do inflacji to nie jest ona znowu taka powalająca. Wiele razy słyszałem, że firmy "śpią" na pieniądzach. Ale to chyba też nie tędy droga. Duże firmy fakt mogą mieć dużo wolnej gotówki. Małe firmy raczej klepią biedę i to wyrównuje bilans.
Być może czegoś nie widzę albo mam ograniczone spektrum postrzegania ale moim zdaniem coś jest nie tak.
Być może ta nasza wspaniała gospodarka wcale nie jest taka wspaniała jak to pokazuję parametry. Skoro Pan
uy Vincentowi kreatywnymi operacjami na budżecie udało się deficyt utrzymać w ryzach to czy czasami nie poszedł dalej tą drogą? Sam już nie wiem co o tym myśleć.

Jeronimo

Rafał Hirsch pisze...

Większość pieniędzy w gospodarce to zapisy w systemach komputerowych. W Polsce na przykład podaż pieniądza to ponad 800 mld PLN, z tego w obiegu fizycznie jest tylko nieco ponad 100 mld PLN. Reszta to zapisy w systemie bankowym, który jest lewarowany. Kryzys polega na zmniejszaniu się lewara w bankach przez co zmniejsza się ilość pieniądza w gospodarce.

Toszt pisze...

Jak to jest, że w USA system z jedną walutą działa; handel, produkcja, usługi, wszystko jako tako się kręci. Czego brakuje strefie euro, że te parę państw nie potrafi wspólnej waluty utrzymać?

Rafał Hirsch pisze...

moim zdaniem w strefie brakuje jednej kluczowej rzeczy, która jest słabo policzalna ekonomicznie. Brakuje poczucia tożsamości narodowej na poziomie unijnym. W USA można się przeprowadzić z Florydy do Idaho i dalej jest się w swoim państwie. Nie ma takiego poczucia ktoś, kto wyniesie się z Portugalii do Finlandii. Plus bariery językowe. Ten obszar to 17 zupełnie różnych państw z osobnymi historiami, kulturami, zwyczajami, językami, nie da się tego zintegrować. Tzn jak jest dobrze dokoła to można, ale jak się zaczynają problemy, to Holender pamięta że jest Holendrem a Włoch, że jest Włochem. Można by to zintegrować tylko odchodząc od demokracji, zamordystycznie, tylko nie wiem po co.