Nastroje konsumentów są najlepsze od ponad półtora roku

Jest kolejny argument za ożywieniem gospodarczym w drugim półroczu. GUS w piątek opublikował wyniki badań nastrojów konsumentów i wyglądają one dobrze. Badanie składa się z oceny tego jak jest teraz i jak będzie w niedalekiej przyszłości. Te drugie badanie jest moim zdaniem ważniejsze, bo konsumenci podejmują decyzje o tym co robić z pieniędzmi (wydawać, czy chomikować na czarną godzinę) bardziej w oparciu o to, czego oczekują w przyszłości. Okazuje się, że ten wskaźnik wygląda najlepiej od blisko dwóch lat:



Kształt tego wykresu przypomina mocno wykres polskiego PKB - dobre wyniki do połowy 2008, potem krach światowy i dołek kryzysu na wiosnę 2009, następnie odbicie i zupełnie niezły 2010, ciągle nienajgorszy 2011 i degrengolada roku 2012 sprowadzająca nas na początku 2013 z powrotem do rekordowo niskich poziomów z 2009. Ale od kilku miesięcy sytuacja stopniowo się poprawia. Polscy konsumenci nie byli tak optymistyczni jak obecnie od listopada 2011. Oczywiście można tu mówić tylko o optymiźmie względnym, bo wskaźnik przez cały czas jest poniżej zera, co oznacza, że ciągle mamy więcej pesymistów niż optymistów. Ale proporcje zaczynają się zmieniać na lepsze - a to w przeszłości wystarczyło, żeby rozruszać konsumpcję i co za tym idzie całą gospodarkę.

Lepsze nastroje możemy dodać do coraz lepszych ostatnio odczytów produkcji przemysłowej, lepszego PMI, coraz wolniej spadającego zatrudnienia i wolniej rosnącego bezrobocia (rok do roku), coraz mniejszego deficytu na rachunku obrotów bieżących, nadwyżki handlowej, odbijających w górę wpływów podatkowych do budżetu i dostajemy obraz gospodarki, która coraz ładniej wychodzi z dołka.

CIT Biedronki - duży czy mały ?



Fundacja Republikańska opublikowała niedawno efektowną planszę, która uzasadnia ich postulat dodatkowego opodatkowania wielkich sieci handlowych:


Wygląda to straszliwie – taaaakie ogromne przychody i taki tyci malutki podatek. Czyli, że coś jest nie tak. I to jest prawda, tyle, że coś jest nie tak z autorami planszy.

Po pierwsze podatek CIT jest od zysków, a nie przychodów, nie powinno się go więc porównywać do przychodów. Chyba, że chce się uzyskać straszliwy efekt, bo przychody w branży detalicznej są zawsze wielokrotnie większe niż zysk, który podlega opodatkowaniu.

Po drugie autorzy planszy zawyżają wysokość przychodów choćby takiej Biedronki. W 2011 jej przychody wyniosły 5,79 mld EUR



Republikanie piszą, że to 25,3 mld PLN, czyli do przeliczenia stosują kurs 4,37 PLN (25,3/5,79). Tymczasem Jeronimo Martins przelicza to po kursie średniorocznym, który jest zupełnie inny:



Jeśli 5,79 mld EUR przemnożymy przez 4,12 to wychodzą nam przychody w wysokości już tylko 23,8 mld PLN. Zresztą nie trzeba tego liczyć, wystarczy zajrzeć na stronę Biedronki:


Czyli Republikanie nie dość, że źle kojarzą CIT z przychodami, to jeszcze źle podają samą wysokość przychodów. Co do wysokości podatku – raport roczny Jeronimo Martins nigdzie nie wspomina jakie podatki płaci grupa w poszczególnych krajach, podaje tylko ogólną wysokość CIT dla całej grupy. Przyjmijmy, że Biedronka zapłaciła faktycznie taki CIT, jaki podają Republikanie, czyli 188 mln PLN. Zysk operacyjny Biedronki w 2011 wyniósł 363,4 mln EUR (widać to na planszy wyżej, tej z przychodami). 363,4 mln razy 4,12 to 1,497 mld PLN. Zaokrąglając zysk operacyjny Biedronki w 2011 wynosił półtora miliarda złotych. Porównywanie wysokości podatku do tego zysku ma zdecydowanie więcej sensu niż porównywanie go do źle policzonych przychodów.

188 mln PLN to 12,6% z 1497 mln PLN. Taka była stopa opodatkowania Biedronki podatkiem dochodowym w 2011. Czyli to nieprawda, że Biedronka nie płaci CITu, płaci go na ponad 12%. A dlaczego nie 19%, skoro stawka CIT to 19% ? Może dlatego, że nasze wyliczenie oparte jest na zysku operacyjnym, a nie zysku brutto (Jeronimo Martins nie podaje zysku brutto w rozbiciu na kraje), który jest zwykle mniejszy. Zapewne także dlatego, że od CITu można sobie odliczać różne rzeczy. Na przykład straty z lat poprzednich, które tworzą tak zwaną tarczę podatkową. Z raportu rocznego Jeronimo Martins za 2011 wynika, że Biedronka w 2011 właśnie taką tarczę wykorzystała, zresztą już ostatni raz, bo jak widać na koniec 2011 aktywa podatkowe wynosiły już zero


Innymi słowy w 2011 Biedronka obniżyła sobie podatek o stratę z ubiegłych lat w wysokości 3,842 mln EUR, co po przeliczeniu przez  kurs euro z NBP z 31 grudnia 2010 (3,9603 PLN) daje 15,22 mln PLN. To zupełnie legalne.

Wracając do tych 12,6% - czy to jest skandalicznie niska stopa podatkowa uzasadniająca promowanie postulatów o dodatkowym opodatkowaniu sieci handlowych ? Oto krótki przegląd stopy opodatkowania CIT w 2012 kilku spółek giełdowych wybranych na chybił trafił



Na 10 losowo wybranych spółek aż 4 mają stopę opodatkowania wyraźnie niższą niż 19%. Przy okazji wychodzi na to, że Biedronka w 2011 była lepszym płatnikiem CIT niż PGNiG w 2012. Nie wspominając o Grupie Żywiec.  

Wracając do Biedronki, zapewne miałaby wyższy podatek i wyższy zysk, gdyby nie zainwestowała w Polsce tylko w 2011 ponad 300 mln EUR, czyli grubo ponad miliarda złotych


I tak jest zapewne we wszystkich przypadkach sieci handlowych pokazujących małe zyski i płacących od nich małe podatki. To nie jest efekt manipulacji, ani oszustwa, tylko inwestycje na naprawdę dużą skalę, które wciąż trwają, bo w Polsce nadal co roku buduje się po kilkaset Biedronek, Lidlów itp. Tak będzie jeszcze pewnie przez parę lat.

Jak zrobić wrażenie rzetelnej firmy oferując kredyty

Taka sytuacja. Jest firma, która nazywa się Baltic Money i ma taką stronę internetową:






Jak widać, Baltic Money może pożyczyć pieniądze na dowolny cel. Nie wiem, czy moge ją nazwać parabankiem, bo na liście ostrzeżeń publicznych KNF jej nie ma. Ale co innego mnie w firmie Baltic Money zaciekawia. Otóż zamieszcza ona na swojej stronie link do programu "Rzetelna Firma". Nie chciałbym przesądzać sprawy na 100%, ale odnoszę wrażenie, że chodzi o to, żebym wchodząc na stronę Baltic Money odniósł wrażenie, że to rzetelna firma i co za tym idzie, żebym im zaufał. To teraz klikamy na ten link do Rzetelnej Firmy i mamy to:


Mmmmm...ale to wymyślili, prawda ? :)

Większy deficyt budżetowy jest znacznie lepszy niż recesja



Rząd w końcu ogłosił, że będzie nowelizować budżet. Deficyt ma wzrosnąć o 16 mld PLN, mają pojawić się jakieś cięcia o wartości 8 mld PLN, a wcześniej w ustawie o finansach publicznych zostanie uwalony próg ostrożnościowy związany z przekraczaniem przez dług publiczny poziomu 50% PKB. Niestety zapowiedziano, że uwali się go tylko tymczasowo.

Zresztą moim zdaniem Rostowski dałby radę w tym roku nawet i bez nowelizacji budżetu. Sytuacja dochodowa budżetu w drugim kwartale była już znacznie lepsza ni w pierwszym. Dodać do tego dywidendy zaliczkowe ze spółek Skarbu Państwa na poczet przyszłego roku wypłacane jeszcze w tym roku plus przesunięcie części wydatków na 2014 i by się wszystko podomykało. No ale po pierwsze nie ma gwarancji, że tak by było, a po drugie wtedy nie można by było uwalić progu ostrożnościowego. Mówi on o tym, że jak dług publiczny przekroczy 50% PKB, to w kolejnym roku deficyt w budżecie nie może być większy niż ten z roku poprzedniego. To dlatego rząd nie mógł od samego początku mieć budżetu realnego - czyli z deficytem większym niż w 2012 - zabraniał tego próg ostrożniościowy. Moim zdaniem wszystkie progi ostrożnościowe w polskim prawie – uruchamiane wtedy gdy dług publiczny przekroczy 50%, 55% i 60% PKB są dość absurdalne i na pewno szkodliwe. Działają pro cyklicznie, podczas gdy wszystkie instrumenty polityki gospodarczej państwa powinny działać antycyklicznie – czyli pobudzać jak jest kryzys i studzić jak jest szalony boom. Progi ostrożnościowe studzą, jak jest kryzys. Wiadomo, że dług publiczny w stosunku do PKB rośnie najszybciej wtedy, kiedy przestaje rosnąć PKB, czyli mianownik tego ułamka. W takiej sytuacji państwo powinno pomagać we wzroście PKB, czyli wydawać wtedy, kiedy ludzie i firmy wydawać się boją, bo się boją bezrobocia i bankructw. Taka pomoc zwykle oznacza wzrost wydatków budżetowych, co zwiększa deficyt, a co za tym idzie zwiększa dług do PKB. Tyle, że to wzrost przejściowy, bo jeśli w efekcie gospodarka ruszy, to nawet przy wzroście zadłużenia wskaźnik dług/PKB może zacząć maleć – bo PKB może znów rosnąć szybciej niż zadłużenie. Oczywiście zawsze jest ryzyko, że to się nie uda, ale w przypadku zaciskania pasa związanego z progami ostrożnościowymi szanse na sukces są jeszcze mniejsze. Jeśli państwo oszczędza w tym samym momencie, co firmy i obywatele to jest to klasyczny przepis na długotrwałą recesję. Taką jaką właśnie przerabia południe Europy, właśnie na skutek nadmiernego cięcia wydatków w początkowej fazie recesji, która mogła być krótsza. Podsumowując: w obecnej sytuacji kryzysu ciągnącego się od 5 lat, który trzyma strefę euro w recesji od dwóch lat progi ostrożnościowe są ostatnią rzeczą jakiej polska gospodarka potrzebuje. Naprawdę, gdyby w ramach pobudzania gospodarki dług sięgnął 61% PKB, to nie byłoby żadnej katastrofy. A niewykluczone, że dzięki temu mniej ludzi straciłoby pracę.

Rostowski na szczęście ten mechanizm rozumie i dlatego woli ciąć wydatki tylko o 8 mld, a deficyt zwiększyć aż o 16 mld. To na pewno lepszy pomysł niż proporcja odwrotna. Chociaż moim zdaniem mógł też dołożyć jakieś podwyżki akcyzy i VAT od stycznia. To by dodatkowo pobudzało inflację, która łagodzi tempo przyrastania długu do PKB. VAT w Polsce moim zdaniem wcale nie jest za wysoki. Ostatnia podwyżka z 22% do 23% spodowała wyraźny wzrost wpływów z tego podatku ( o 11,7% w 2011 względem 2010 – ostatniego przed podwyżką). Także w 2012 i jak do tej pory w 2013 wpływy z VAT są wyższe (chociaż coraz niższe rok do roku) niż w 2010 przed podwyżką. Po czerwcu 2013 są o 2,6% wyższe niż po czerwcu 2010. Teoria, że dalszy wzrost stawki VAT przyniósłby obniżenie, a nie podniesienie wpływów jest moim zdaniem naciągana. Spokojnie też moim zdaniem można by podnieśc akcyzę na paliwo – do rekordów na stacjach benzynowych brakuje nam kilkadziesiąt groszy na litrze jest więc miejsce na podwyżkę bez wywoływania supersensacji. Rozumiem, że premier takich podwyżek boi się jak ognia, więc wybrano jakieś bliżej niezidentyfikowane cięcia za 8 mld PLN. Skoro są one możliwe, to dlaczego nie przeprowadzono ich wcześniej ? Czekam na szczegóły w tej sprawie.

Zwiększenia deficytu o 16 mld PLN, czyli o 1 punkt procentowy polskiego PKB (zaplanowanego na 2013 na 1643 mld PLN, chociaż będzie zapewne bliżej 1620 mld PLN) oznacza, że deficyt sektora finansów publicznych w tym roku sięgnie 4,5% PKB. Czy to dużo ? Dośc sporo, ale bez przesady – daleko nam do dwucyfrowych rekordów w strefie euro i do sytuacji polskich finansów publicznych z lat 2009-2010



W tym programie konwergencji polskiego rządu sprzed kilku miesięcy mamy jeszcze zaplanowany na ten rok deficyt w wysokości 3,5%. Ale 4,5% PKB też nie jest żadnym problemem. Dług publiczny w okolicach 60% też nie jest żadnym problemem, o ile rynek chce kupować rządowe obligacje. Polskie obligacje do tej pory w tym roku cieszyły się rekordowym powodzeniem, nawet jeśli popyt na nie wyraźnie spadnie to i tak nadal będziemy bardzo daleko od jakichkolwiek problemów z finansowaniem deficytu. Większość państw europejskich z Niemcami na czele ma dług znacznie bliższy 90% PKB niż 60%.

A jeśli chodzi o bieżącą sytuację budżetu to była ona w drugim kwartale znacznie lepsza niż w pierwszym. Wpływy z VAT spadły o 2,7% rdr, ale to wyraźna poprawa w stosunku do spadku o 16,2% w kwartale pierwszym. Zupełnie się nie zdziwię, jeśli w drugim półroczu dynamika wpływów z VAT będzie już na plusie.



Podsumowując: nowelizacja budżetu to bardziej ciekawostka niż przejaw jakichś poważnych problemów. Problemy są te same od lat, a ich skala ostatnio nie jest większa niż chociażby 3 lata temu. Rząd wybierając wzrost deficytu zachował się moim zdaniem optymalnie. Taki ruch to próba walki z recesją, która teraz jest znacznie większym zagrożeniem, niż poziom długu czy deficytu. Gdyby rząd wybrał cięcie wydatków o 24 mld PLN popełniłby duży błąd. Oczywiście zgadzam się, ze gdyby jakikolwiek polski rząd zdecydowałby się na jakiekolwiek śmielsze reformy finansów publicznych w ciągu ostatnich 20 lat, to prawdopodobnie w ogóle nie mielibyśmy tych problemów jakie mamy. No ale to kwestia haniebnych zaniechań strategicznych, a ten wpis jest bardziej o bieżącej taktyce.

Inflacja: punkt zwrotny (w myśleniu)



Inflacja roczna po czerwcu wynosi 0,2%. Możliwe, że do szerokiej publiczności mainstreamowej przebije się informacja, że to rekordowo mało. Ale fakt rekordu nie oznacza, że w Polsce nigdy nie było tak niskiej inflacji. To na pewno rekord w XXI wieku i na pewno rekord w III RP. Do tej pory rekordowo niski odczyt mieliśmy w kwietniu 2003 – to było 0,3%. Dziś GUS podał, że jest 0,2%. Ale 40 lat temu mogło być jeszcze mniej.

Precyzyjne wskazanie kiedy dokładnie ostatni raz w Polsce była tak niska inflacja jest trudne, bo w internetowym archiwum GUS dla okresu1950-1990 są tylko roczne wskaźniki inflacji, bez podziału na miesiące. Ze wskaźników rocznych wynika, że po 1973 raczej nie było żadnych szans na choćby jeden miesiąc z inflacją 0,2% rdr. Za to roczna inflacja w 1972 wyniosła zero:



W 1973 roczna inflacja to ciągle jeszcze dość niskie 2,8%, można więc zakładać, że opublikowana dzisiaj inflacja czerwcowa jest najniższa od 1972 roku, a niewykluczone, że od któregoś z wczesnych miesięcy 1973. Zaokrąglając możemy mówić, że mamy inflację najniższą od 40 lat.

Czy z tego coś wynika ? Absolutnie nic. To czysta ciekawostka i nic więcej. Osobną ciekawostką jest ta gusowska tabelka z której wynika, że w 1971 mieliśmy minimalną deflację, a w latach 1954-1956 deflację całkiem solidną. W latach 56-70 inflacja wygląda tak ładnie, jakby szefem banku centralnego był wtedy co najmniej Leszek Balcerowicz :). Za to od roku 1978 aż do 2000 Polacy przeżyli pełne 24 lata z inflacją, która każdego roku przekraczała 7%.

Tu kończą się czyste ciekawostki i pojawia się materiał, z którego można wyciągać jakieś wnioski dotyczące także teraźniejszości. Ciągle bardzo liczna część konsumentów w polskiej gospodarce to ludzie, którzy ćwierć wieku żyli przy ciągłej presji wysokiej inflacji. To nie był tylko jeden sezon hiperinflacji 89/90. To były 24 lata, w czasie których ciągle wszystko drożało. W latach 81-96 inflacja ani razu nie spadła poniżej 15%. I tu pojawia się kwestia oczekiwań inflacyjnych, a przy okazji tego dlaczego akurat w Polsce, zupełnie inaczej niż na przykład w Czechach przez tyle lat ciągle mamy wyższe stopy procentowe. Po prostu spora część uczestników rynku ciągle ma stosunkowo wysokie oczekiwania inflacyjne. Większość ludzi nadal myśli, że jeśli coś dzisiaj kosztuje 100 PLN, to za rok będzie raczej kosztować 105 PLN,  a na pewno nie 95 PLN. Takie oczekiwania ułatwiają podnoszenie cen – ludzie się przecież tego spodziewają – a co za tym idzie ułatwiają podtrzymywanie inflacji. Dlatego każdy bank centralny kiedy walczy z wysoką inflacją, celuje przede wszystkim w obniżanie wysokich oczekiwań inflacyjnych na rynku. To właśnie rozpowszechniona wśród polskich ekonomistów obawa o to, czy Balcerowiczowi faktycznie na trwałe udało się obniżyć oczekiwania inflacyjne Polaków nie pozwalała do tej pory bankowi centralnemu obniżyć stóp procentowych poniżej bardzo wysokiego jak na Europę poziomu 3%. RPP odważyła się na to dopiero w tym roku, czyli w czasach, w których spora część gospodarki światowej jest zagrożona deflacją i broni się przed nią zerowymi stopami a do tego tak zwanym „dodrukiem” pieniędzy. Jest cała masa ludzi, którzy twierdzą, że to szaleństwo, które nas doprowadzi ponownie do wysokiej inflacji, ale z drugiej strony wiceszefowa FED, Janet Yellen niedawno mówiła, że o to właśnie chodzi – o podtrzymywanie wśród ludzi oczekiwań inflacyjnych. Trzeba je podtrzymywać, aby ludzie nie zaczęli myśleć deflacyjnie



Spirala deflacyjna, to najgorsza rzecz jaka może się przytrafić gospodarce. Jeśli mamy spowolnienie gospodarcze (takie jak teraz w Polsce) i producenci różnych dóbr widzą, że ludzie kupują mniej (bo jest spowolnienie, kryzys, bezrobocie itd.), to próbują podtrzymać swoją sprzedaż obniżając ceny i łapiąc klientów na „promocje”. Zarabiają mniej, ale to i tak lepsze niż przetrzymywanie towaru w magazynie. Jeśli w tym momencie ludzie dojdą do wniosku, że nie ma sensu kupować teraz, bo za pół roku będzie taniej, to jest to cios w samo serce gospodarki. Takie rozpowszechnione oczekiwania deflacyjne powodują, że popyt znika z rynku, a producenci zaczynają bankrutować, co dodatkowo pogłębia recesję, bezrobocie itd. Dokładnie to przerabiali Amerykanie w latach trzydziestych i dokładnie dlatego tak agresywnie się przed tym bronili w ostatnich latach. Skup obligacji z rynku, czyli „dodruk” dolara miał przede wszystkim obniżyć długoterminowe stopy procentowe na rynku, ale miał także podtrzymywać oczekiwania inflacyjne. To właśnie o to chodziło, żeby ktoś tam w telewizji ciągle straszył ludzi nadchodzącą inflacją, żeby broń Boże gospodarka nie wpadła w spiralę deflacyjną.  

My nigdy nie mieliśmy takiego problemu, bo mieliśmy stosunkowo świeże wspomnienie 24 lat z wysoką inflacją. Ale teraz, po 13 latach od momentu kiedy inflacja spadła do poziomu jednocyfrowego także polska gospodarka ociera się o deflację. I pojawia się ważne pytanie: czy Polacy nadal mają jakieś trwałe oczekiwania inflacyjne, które uchronią nas przed deflacją i pogłębieniem kryzysu, czy może jednak już z nich wyrośli i już ich nie mają. Bo jeśli nie, to może to oznaczać, że NBP będzie musiał zacząć brać to pod uwagę. A to z kolei może oznaczać, że rekordowo niskie stopy procentowe zagoszczą u nas na znacznie dłuższy okres niż do tej pory oczekiwaliśmy. Będzie to też zapewne oznaczać długie i mozolne wychodzenie ze spowolnienia, które nie będzie przypominać żadnego ożywienia. Będzie to także oznaczać, że pora zmienić jedno z najważniejszych założeń dotyczących polskiej gospodarki, które obowiązywało od początku III RP – że z inflacją trzeba walczyć tak mocno jak tylko się da, bo deflacja i tak jest u nas niewyobrażalna. 


Więcej na tym blogu o zagrożeniu deflacją w Polsce:


Zanikające inwestycje zagraniczne w Polsce

Czy ktoś słyszał ostatnio o jakiejś nowej inwestycji zagranicznej w Polsce ? Jakaś nowa fabryka czegoś tam ? Ja nie słyszałem. A ostatnie, opublikowane w piątek dane z NBP o bilansie płatniczym Polski pokazują, że wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce liczona za ostatnie 12 miesięcy szybko zbliża się do zera.



Jak widać poziom inwestycji zagranicznych w obligacje i w akcje - czyli portfelowych - nie ulega większym zmianom. Zagranica kupuje polskie obligacje za około 10 - 12 mld EUR rocznie, a polskie akcje za ok. 2 - 3 mld EUR rocznie. Znikają nowe inwestycje bezpośrednie, czyli te polegające na kupowaniu / budowaniu fabryk, magazynów itp. W 2007 przekraczały 20 mld EUR rocznie, teraz to już tylko marne 0,49 mld EUR. Istnieje też możliwość, że nowe inwestycje ciągle są, ale jednocześnie coraz więcej kapitału z Polski się wycofuje (np. firmy, którym znudziło się szukanie u nas gazu łupkowego) i w ujęciu netto wychodzi nam przez to coraz niższa liczba. Ale bardziej prawdopodobny jest moim zdaniem jednak po prostu coraz mniejszy napływ nowych inwestycji do Polski.

Przyczyną może oczywiście być recesja w Europie Zachodniej, skąd pochodziła większość dotychczasowych BIZ (bezpośrednie inwestycje zagraniczne). Taka recesja może zniechęcać zachodnie firmy do jakiegokolwiek inwestowania. Chociaż z drugiej strony w ostatnich latach słyszałem setki wypowiedzi prezesów polskich firm, którzy twierdzili, że przed kryzysem na polskim rynku zamierzają uciekać na nowe rynki (Rumunia, Czechy, Słowacja, Ukraina, Rosja, a czasami nawet inne kontynenty), co oczywiście wiązałoby się z początkowymi inwestycjami. Ewidentnie firmy niemieckie, francuskie i włoskie nie chcą uciekać przed recesją na rynek polski. W innej sytuacji jest sektor finansowy, który specjalizuje się raczej w inwestycjach portfelowych. Zachodnie banki wciąż mają dostęp do bardzo taniego pieniądza ze swoich banków centralnych, więc poziom inwestycji portfelowych w Polsce wygląda stabilnie.

Jest jeszcze jedna różnica pomiędzy inwestycjami portfelowymi, a bezpośrednimi. Portfelowe można robić nie wychodząc z biura w Londynie, klikając "enter" w komputerze. Inwestycje bezpośrednie wymagają zaangażowania bardziej osobistego, trzeba pojechać, obejrzeć, porozmawiać, zetknąć się z polskimi politykami, urzędnikami, burmistrzami, ogarnąć podatki, ogarnąć łapówki itd itd. Po drodze cała masa okazji, żeby się zniechęcić. To może się zniechęcają. Ale to niepotwierdzona hipoteza. Lepiej zostać przy tej, że po prostu mają kryzys. To hipoteza mimo wszystko sympatyczniejsza.

Czeskie ziemniaki w polskiej inflacji

Czy ktoś słyszał, żeby inflacja w jakimś kraju była liczona na podstawie zmian cen w zupełnie innym kraju ? Ja o tym nie słyszałem, aż do dzisiaj. Analitycy BRE twierdzą, że GUS liczy inflację w Polsce na podstawie między innymi zmiany cen ziemniaków, ale nie polskich tylko czeskich ! Przyznam szczerze, że szczęka mi nieco opadła z wrażenia:


Okej, jestem w stanie zrozumieć problem statystyków z wyliczeniem zmiany ceny młodych ziemniaków miesiąc do miesiąca, w sytuacji w której miesiąc wcześniej tych młodych ziemniaków jeszcze w ogóle nie było na rynku (dlatego właśnie są młode :) ) . Ale kompletnie nie łapię tego, dlaczego w takiej sytuacji GUS liczy tę zmianę na podstawie rynku czeskiego, gdzie (tak mi się przynajmniej wydaje) te ziemniaki są tak samo młode jak w Polsce. Nie rozumiem, dlaczego nie można tego jakoś oszacować na podstawie rynku polskiego.

Ciekawe jest również to, że zdaniem BRE te czeskie ziemniaki podniosą nam inflację za czerwiec do 0,4% miesiąc do miesiąca. Rok temu w czerwcu mieliśmy 0,2%. To by oznaczało, że inflacja roczna nam podskoczy z 0,5% do 0,7%, co będzie jednocześnie oznaczać pierwszy wzrost wskaźnika inflacji od roku. To, że inflacja zacznie odbijać w górę w okolicach czerwca zakładałem od dawna, ale nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że stanie się tak przez czeskie ziemniaki !

No chyba, że ja tu czegoś nie łapię i źle interpretuję. Jeśli tak, to z ulgą przyjmę jakieś profesjonalne wyjaśnienia o co kaman z tymi ziemniakami.

11 uwag na temat długu publicznego

Przeczytałem dziś wstrząsający tekst jakiegoś blogera o tym, że dług publiczny w Polsce przekroczył 1 bilion złotych. To oczywiście nieprawda, dług publiczny nie przekroczył na razie nawet 900 mld PLN, a kiedy już przekroczy 1 bln (bo to oczywiście tylko kwestia czasu) to nie będzie to oznaczać żadnego przełomu, ani tym bardziej katastrofy. Tekst jest bardzo ciekawy, bo zawiera w sobie wszystkie dość popularne mity i stereotypy na temat zadłużenia państwowego, sprowadzające się do stwierdzenia, że generalnie dług jest zły. Do tego często dochodzi stwierdzenie, że będą nim obciążone kolejne pokolenia. Moim zdaniem jest to zestaw bardzo błędnych poglądów. A, że temat jest dość popularny, to przy okazji komentowania tamtego wpisu ułożyłem sobie zestaw swoich własnych poglądów na ten temat:

1. dług nie przekroczył 1 bln PLN i jeszcze przez jakiś czas nie przekroczy
2. dług jest publiczny, przekładanie go więc na prywatne osoby (statystyczni Polacy, pracujący, dług na głowę mieszkańca itp. ) jest kompletnym nieporozumieniem, bo to nie ich dług
3. jakiekolwiek porównywanie sytuacji obywatela zadłużonego w banku do państwa zadłużonego na rynku nie ma sensu. w sytuacji obywatel vs. bank to bank dyktuje wszystkie warunki. W sytuacji państwo vs. rynek państwo ma zdecydowanie więcej do powiedzenia i rynek jest skłonny pozwalać mu na znacznie więcej (chociaż oczywiście są granice tolerancji na rynku)
4. dla osób prywatnych dług publiczny jest dodatkowym źródłem przychodu, bo jest oprocentowany. Sektor prywatny więc nie tylko, że nie musi tego spłacać, ale wręcz jeszcze na tym zarabia.
5. państwo tego długu też spłacać nie musi. nikt na rynku finansowym nie wymaga od państwa o średnio wysokiej wiarygodności spłaty swoich długów, ponieważ dług jest dobry, bo na nim się zarabia. ważne tylko, żeby spłacać regularnie odsetki.
6. pieniądze na odsetki nie są wywalone w błoto, podobnie jak nie w błoto idą pieniądze na raty kredytów mieszkaniowych itp. to tylko koszt wynikający ze świadomego wyboru, że coś chcemy mieć już teraz, a nie za 20 lat.
7. Jeśli nominalny wzrost PKB w państwie jest większy niż oprocentowanie długu, to dług opłaca się także z punktu widzenia państwa i opłaca się finansowanie gospodarki w ten sposób.
8. państwo nie zaciąga długu aby sfinansować jakieś konkretne rzeczy, o których potem można by pisać, że na to poszły pożyczone pieniądze. państwo wydaje pieniądze pożyczone na dokładnie to samo, na co pieniądze z podatków - zwykłe wydatki budżetowe, w których od lat największą część stanowią wydatki socjalne. Czyli upraszczając: dług nam rośnie, bo nie rosną nam stawki podatków, składki do ZUS i zdrowotna. 
9. to czy dług wynosi 1 bln, czy 2 bln nie ma żadnego znaczenia. nikt nigdy nie będzie musiał tego spłacać. dług się roluje, a nie spłaca. istotna jest wyłącznie relacja długu do PKB, która w Polsce wynosi mniej niż 55%, czyli mało. Będzie można mówić, że dług jest duży, jak dociągniemy do 90% PKB (chociaż zabrania tego konstytucja)
10. dług państwowy w postaci obligacji w sektorze bankowym pełni funkcję pieniądza (przechowuje wartość i jest powszechnie akceptowanym na rynku międzybankowym środkiem płatniczym),są to wysokiej jakości aktywa finansowe, tak więc im więcej długu państwa na rynku, tym lepsza płynność w sektorze bankowym, tym lepsze możliwości kreacji pieniądza i co za tym idzie pobudzania koniunktury w gospodarce.
11. w sytuacji naprawdę skrajnej państwo dysponujące własną walutą może część długu wyemitowaną w tej walucie spłacić na zawołanie, ponieważ dysponuje możliwością wyemitowania dowolnej ilości pieniądza. (dlatego naprawdę warto mieć własną walutę, kiedy jest się państwem) wiązałoby to się z innymi negatywnymi skutkami dla gospodarki, ale warto mieć zawsze z tyłu głowy, że państwo w ostateczności ma tę możliwość (a obywatel z kredytem w banku nie ma)

Konsumpcja na kredyt budzi się z letargu

Dług na kartach kredytowych rośnie nam drugi miesiąc z rzędu. Warto to zauważyć, bo zdarza się to pierwszy raz od lipca 2010, czyli od trzech lat



Polscy konsumenci, podobnie jak cała gospodarka światowa, w ciągu ostatnich lat się delewarowali, czyli zamiast inwestować, czy wydawać coraz więcej na konsumpcję, skupiali się bardziej na ograniczaniu zadłużenia. Oczywiście spłacanie przed terminem kredytów hipotecznych, czy choćby i ratalnych byłoby dość drastycznym przejawem walki z długiem, inaczej za to ma się sprawa z kartami kredytowymi. Tutaj stan zadłużenia możemy regulować dowolnie i codziennie. Do tego jest to dług najwyżej oprocentowany, racjonalny konsument szukający oszczędności powinien więc zacząć ścinanie debetów właśnie od kart kredytowych.

Ostatnie trzy lata to nieustanne schodzenie w dół z zadłużeniem na kartach, tylko z paroma jednomiesięcznymi przerwami. Dwóch miesięcy wzrostu z rzędu nie mieliśmy od dawna. Co ważne, zmniejsza się też odsetek niespłaconych w terminie kart kredytowych - na koniec 2011 było to 18,7%, na koniec 2012 16,8%, a na koniec maja 2013 16,4%.

Ostatnie dwa miesiące to również pewne ożywienie w całej kategorii kredytów konsumpcyjnych (karty+samochodowe+ratalne+gotówkowe). Tutaj dwa kolejne miesiące wzrostu zdarzyły się ostatnio w sierpniu i wrześniu 2011



Wszyscy zakładają, że polski wzrost gospodarczy w drugim półroczu będzie wyglądać lepiej niż w pierwszym głównie dzięki eksportowi. Po konsumpcji nikt się nie spodziewa niczego dobrego. Tymczasem to konsumpcja moim zdaniem może w najbliższych miesiącach sprawić największą pozytywną niespodziankę.

Gdzie najbardziej potaniały wakacje ?


Miło mi poinformować, że już jutro udaje się na tygodniowe wakacje do Trójmiasta, aby uczestniczyć w bardzo sympatycznych wydarzeniach. Nastraja mnie to niezwykle podróżniczo. Dlatego ostatni wpis przed tygodniową przerwą jest o tym gdzie na świecie jest taniej niż rok temu. Zrobiłem proste porównanie kursów walutowych większości państw świata (tych, które są w tabelach walut A i B w NBP) z ostatniego piątku i sprzed roku. Efekty są następujące:




Jak widać, liderzy raczej mało wakacyjni, ale już trzecia na liście Wenezuela to miejsce, do którego nawet niektórzy znani mi krajowi dziennikarze ekonomiczni mieli okazje na wakacje jeździć. A teraz te wakacje powinny być znacznie tańsze niż rok temu. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Obserwatorów rynku walutowego nie powinno tez zaskoczyć, że taniej zrobiło się w Japonii. RPA, czy Egipt to też popularne "destynacje" wakacyjne.

Można się czepiać, że to zestawienie nieco fałszywe, bo nie uwzględniające inflacji w tych krajach. Moim zdaniem to teza do dyskusji, bo wydaje mi się, że spora część turystów za granicą korzysta głównie z usług i miejsc przygotowanych specjalnie dla nich, a więc także ze specjalnymi cenami, które ze średnim poziomem cen w danym kraju mają niewiele wspólnego. Nie sądze więc, żeby zmiany poziomu akurat tych cen można było mierzyć zwykłą stopą inflacji dla danego kraju. Ale jeśli ktoś chce takie zestawienie, to nie ma problemu. Oto państwa uszeregowane wg największego realnego spadku waluty



Tu już liderów z poprzedniej tabelki nie widać, bo w Wenezueli inflacja to 35%, w Syrii 49%, a w Sudanie 44%. Ale za to w Japonii jest deflacja, co czyni z tego kraju bezapelacyjnego lidera zestawienia. Ładnie wyglądają też RPA z pobliską Namibią i Gambia (widziałem oferty wakacyjne w Neckermanie). Wyraźnie potaniała Australia, no i Egipt nadal jest w czołówce.

Czyli dla tych bogatszych poleca się Japonię (mimo dużego spadku jena to ciągle nie będą tanie wakacje), dla tych trochę biedniejszych RPA, a dla tych zupełnie nie bogatych raczej jednak Egipt :) (zupełnie inaczej, niż w 2012)

Gdyby ktoś skorzystał, to proszę o pocztówki na rafalhirsch@gmail.com :)